Dwufazowy plyn do demakijazu liscie zielonej oliwki ziaja

Dwufazowy plyn do demakijazu liscie zielonej oliwki ziaja

Hej!
Dzisiaj przygotowałam dla Was opinię o oliwkowym płynie dwufazowym do demakijażu oczu i ust z Ziaji. Dostałam go kilka dni temu od mojej cioci. Powiedziała mi, że bardzo szczypie ją w oczy i mogę go sobie wziąć. Podziękowałam i stwierdziłam, że pewnie jest uczulona na jakiś składnik albo ma nadwrażliwe oczy. Przetestowałam go jeszcze tego samego dnia i od razu wyrobiłam sobie o nim opinię.



Produkt jest z serii liście zielonej oliwki i kosztuje ok. 8 złotych. Producent o nim pisze:
"Preparat pełni funkcję oczyszczającą, ale jednocześnie pielęgnuje skórę i wzmacnia rzęsy. Usuwa wodoodporny, intensywny, nawet teatralny makijaż. Nadaje się dla osób noszących szkła kontaktowe. Bezzapachowy, nie zawiera barwników."



Mogę powiedzieć, że swoją rolę spełnia - zmywa makijaż, trochę go rozmazując. Może mieć on spory problem z kosmetykami wodoodpornymi. Jednak jeśli tylko dostanie się do oka, wywołuje pieczenie podobne do pieczenia od szamponu. Co prawda nie jest to długotrwałe, ale na pewno nie jest to przyjemne. Mimo to, producent pisze, że nadaje się on dla osób noszących soczewki.

Kolejną rzeczą, do której mogę się przyczepić - ma zapach (pomimo tego, że na opakowaniu jest coś innego). Zapach jest delikatny i dosyć przyjemny, przynajmniej dla mnie.



Ostatnimi jego wadami są pozostawianie po sobie bardzo tłustego osadu i mała wydajność. Przy nalewaniu na wacik dosyć dużo płynu rozlewa się wokół. Przyczyną tego jest zbyt duży otwór.

A Wy co myślicie na jego temat? Ja z pewnością nigdy go nie kupię. Jest to mój taki pierwszy niewypał z tej firmy i mam nadzieję, że ostatni. :)





Podklad do jasnej karnacji - Rimmel Lasting Finish

Podklad do jasnej karnacji - Rimmel Lasting Finish

Hej! :D
Wiem, że dużo dziewczyn ma naprawdę jasną cerę, między innymi ja. Wiem też, jak ciężko znaleźć podkład, który będzie dla niej idealny. Parę dni temu powiedziałam dość, gdy mój kochany krem CC z Bell ściemniał. Postanowiłam kupić dobry podkład, który będzie idealnie pasował do mojej karnacji. Liczyłam się z tym, że nie będzie on kosztował 20 złotych jak te, które miałam do tej pory.



Poszłam więc do Rossmanna. Miałam już wcześniej upatrzony True Match z L'Oreal, jednak wtedy postanowiłam, że zużyję te podkłady, które mam, a dopiero później kupię inny. Znalazłam jego tester i wycisnęłam troszkę na rękę, żeby zobaczyć jak wygląda i się zachowuje. Wiem, że skóra na dłoniach różni się od tej na twarzy, jednak często od razu widzę, czy dany podkład w ogóle powinnam brać pod uwagę. Wydawał się być ok, ale coś mnie tchnęło, żeby sprawdzić szafę Rimmela. Jeden z podkładów rzucił mi się w oczy. Był to Lasting Finish 010, który wyglądał naprawdę jasno na tle jego innych wersji kolorystycznych. Wycisnęłam na rękę i po gruntownym zastanowieniu się, stwierdziłam, że go kupię.



Podkład jest w odcieniu 010 Light Porcelain i kosztuje 40,99 zł. Jest to troszkę pieniędzy, ale znowu nie jakiś majątek. Jest w szklanym opakowaniu z pompką. Krycie ma średnie, jednak w kierunku mocnego. Przyjemnie się go nakłada. Ma on bardzo jasny kolor, który delikatnie podchodzi pod żółty, jednak nie jest to pomarańczowy, więc wygląda naprawdę ładnie. Ma filtr SPF 20. Po nałożeniu na twarz, wydaje się być bardzo jasny, jednak po chwili lekko ciemnieje. Mi to akurat nie przeszkadza, ponieważ nie odcina mi się kolor twarzy od koloru szyi.



Rimmel Lasting Finish u mnie sprawdził się bardzo dobrze. Ładnie utrzymywał się cały dzień oraz mnie nie zapchał. Nie był wyczuwalny na twarzy. Jak dla mnie, jest on strzałem w 10. :)

A Wy co myślicie? Miałyście? Testowałyście? Czekam na odpowiedzi w komentarzach. :D
Ladies Night / recenzja "Ponad wszystko"

Ladies Night / recenzja "Ponad wszystko"

Hej! :)
Wczoraj po raz pierwszy byłam z mamą na Ladies Night w Cinema City. Był to jej urodzinowy prezent, więc miałam nadzieję, że będzie to udany wieczór.



Przy sprawdzaniu biletów każda kobieta dostawała reklamówkę z nazwą kina. Na początku do niej nie zajrzałam, bo miałam ręce zajęte napojami i nachosami. Na dole sali kinowej było stoisko, na którym panie dobierały kolor szminek i robiły zabieg na dłonie. Poszłyśmy na nasze miejsca na samej górze sali. Gdy już się rozsiadłyśmy, mogłam zajrzeć do mojej reklamówki. Zobaczyłam w niej jakieś napoje, słodycze i kilka próbek, ale nie chciałam wszystkiego rozpakowywać, więc na tym moje oglądanie się skończyło. Myślałam, że będzie tego mniej. Chwilę później nasza Ladies Night się zaczęła.

Pomimo tego, że siedziałyśmy na samym końcu sali, wszystko było dobrze słychać. Na początku pani się z nami przywitała i przedstawiła sponsorów. Powiedziała także o możliwości skorzystania z doboru szminki i zabiegu na dłonie. Potem zaczęło się losowanie nagród. Były one różne - od voucherów na warsztaty kosmetyczne (sama jeden wygrałam :D) przez książki po pobyt w SPA w hotelu w Wiśle. Usłyszałyśmy też kilka słów o sponsorach i ich produktach oraz o fotodepilacji. Następnie przyszedł czas na seans.



Miałyśmy szansę obejrzeć przedpremierowo "Ponad wszystko". Ten film jest świetny. Opowiada o dziewczynie, która jest uczulona na wszystko, więc w ogóle nie wychodzi z domu. Zakochuje się jednak w chłopaku, który niedawno zamieszkał po sąsiedzku. Początkowo komunikują się przez szybę, ale później ich znajomość się rozwija. Według mnie, film jest świetnie wyreżyserowany. Są w nim momenty zabawne oraz bardzo wzruszające. Wystrój wnętrz, zobrazowanie wyobraźni dziewczyny oraz sami aktorzy niezwykle przypadli mi do gustu. Jest on z pewnością warty zobaczenia.

Podsumowując, wczorajszy wieczór bardzo mi się podobał. Z pewnością wybiorę się na następne Ladies Night. Poniżej są zdjęcia tego, co znalazłam w reklamówce poza zniżką do hotelu Green Hill i rabatem na fotodepilację.























Energylandia - czy faktycznie warto?

Energylandia - czy faktycznie warto?

Hej! :D
W zeszłą środę (31.05) byłam z moją klasą na wycieczce w Energylandii. Wiele się o niej słyszy, ale czy faktycznie jest ona warta uwagi? Czy te reklamy telewizyjne nie kłamią? Jaki przedział wieku jest mile widziany?



Zaraz po wejściu można usłyszeć piosenkę tego parku. Przyznam się, że po kilku razach ma się jej już dość, ale gdy się dobrze bawi, nie zwraca się na nią uwagi. Park jest podzielony na strefy:
- wodną
- familijną
- ekstremalną
- bajkowa (Bajkolandia)

Najpierw na "rozgrzanie żołądka" poszłyśmy na taki mały Energuś Roller Coaster w strefie familijnej. Naszym kolejnym punktem był Boomerang, który bardzo mi się spodobał. Kolejka najpierw wyjeżdżała tyłem pod górę, a następnie została spuszczana, jechała i na końcu znowu wyjeżdżała pod górę, tym razem przodem, i wracała tyłem. Trochę skomplikowane do opisania. Poniższe zdjęcie przedstawia tą kolejkę.



Po Boomerangu udałyśmy się na Viking Roller Coaster. Kolejki już zaczynały się troszkę powiększać, więcej ludzi wchodziło do parku. Nie było to zbytnio straszne. Po prostu jechała, bez żadnych pętli, a jej wagonik mógł się obracać o 360, jednak tylko w niektórych momentach. :) Na poniższym zdjęciu widać tą atrakcję.



Postanowiłyśmy, że pójdziemy na wszystko, co jest straszne, ale bez trzech rzeczy: Tsunami Drop, Space Gun i Space Booster. Nie lubimy takich spadków z góry i po prostu wolimy zwykłe, jeżdżące po szynach kolejki, więc od razu je skreśliłyśmy. Miałyśmy już iść na najstraszniejszą dla mnie kolejkę - Roller Coaster Mayan. Znalazłyśmy kolejkę i nasze koleżanki z klasy, więc podeszłyśmy i zaczęłyśmy rozmawiać. Po paru minutach okazało się, że nie stoimy do Mayana, lecz do Tsunami Drop - takiego pierścienia, co wyjeżdża na górę, a następnie spada na dół. Stwierdziłyśmy, że skoro już tu stoimy, to nie będziemy się wycofywać, chociaż był taki pomysł. Po wszystkim okazało się, że nie było to aż tak straszne, jak myślałyśmy. :D Konstrukcja Tsunami Dropa jest na zdjęciu poniżej.



Po naszej "niechcianej" atrakcji przyszła kolej na mój największy strach, czyli na Mayana. Była to chyba największa i robiąca najwięcej pętli kolejka. A najgorsze było to, że nie były to typowe wagoniki, lecz było się przypiętym od góry, a nóżki nam wisiały. Ostatni raz na takich wielkich kolejkach byłam w 2011 roku we Francji, ale nigdy tak przypięta. Niestety trzeba było trochę czekać w kolejce. Przez ten przejazd krzyczałam chyba najgłośniej, bałam się potwornie. To wyjeżdżało naprawdę wysoko. Jednak mimo wszystko, jest to jeden z najlepszych Roller Coasterów w Energylandii i z pewnością wart mojego strachu. Poniższe zdjęcie niestety nie oddaje dobrze "potęgi" tej kolejki górskiej, więc dołączam również filmik z YouTube z przejazdu tą kolejką.





Po wygraniu ze strachem, chciałyśmy iść na Aztec Swing, jednak odłożyłyśmy to na później, a w rezultacie w ogóle tam nie poszłyśmy. Podobno to jest najgorsza atrakcja i dużo osób się po niej źle czuje. Jest to dysk, który się kręci i huśta jak huśtawka. Nie dochodzi on do pionu, jednak nie brakuje mu dużo. Niestety nie mam jego zdjęcia, więc również wstawiam filmik z YouTube.


Naszym kolejnym punktem była najszybsza kolejka w parku - Formuła Roller Coaster, która jeździ 100km/h. W tym sezonie mają jednak otworzyć coś szybszego. Tego już się tak nie bałam i dobrze wspominam przejazd tą kolejką. Po Formule udałyśmy się na RMF Dragon Roller Coaster. On był już w strefie familijnej, taki mniejszy Mayan bez pętli. Niestety nie mam zdjęć żadnej z tych dwóch atrakcji. :/

Gdy zaliczyłyśmy to, co miałyśmy w planach, poszłyśmy na frytki z lemoniadą (miałyśmy w cenie grupowego biletu) i zaczęłyśmy zwiedzać park. Jest on naprawdę bardzo ładny. Można tam spotkać chodzące maskotki oraz wiele atrakcji dla mniejszych dzieci. Jest pełno małych karuzel, kino 7D i różne pokazy.



Udałyśmy się jeszcze raz na Boomerang i potem na pontony, jednak nie były one tak fajne, jak mogłoby się wydawać. Jest tam kilka atrakcji wodnych. My trafiłyśmy chyba na tą przeznaczoną dla najmłodszych, ponieważ woda nie chlapała, nie było żadnych spadków, a płynęło się naprawdę powoli. Z parku można przejść do strefy z basenami, zjeżdżalniami, piaskiem i leżakami. Poleżeliśmy trochę na leżakach, żeby odpocząć. Znowu trochę pospacerowałyśmy po parku, więc miałam okazję porobić kilka zdjęć.





Naszą ostatnią atrakcją, ale zaliczoną 3 razy, była karuzela z huśtawkami. Może jest dla dzieci, ale byłyśmy tak wykończone, że takie wolne kręcenie się było bardzo przyjemne i relaksujące. Na końcu poszłyśmy na pizzę, która okazała się być pyszna. W parku jest kilka punktów z jedzeniem. Na terenie Energylandii można zjeść także kebaba, hamburgery, skrzydełka z kurczaka, dania z grilla, naleśniki, gofry i lody.



Według mnie na pewno warto tam pojechać, niezależnie od tego, ile ma się lat. Dla każdego coś się znajdzie. Jak dla mnie Energylandia jest świetna i z pewnością tutaj wrócę, w szczególności, że jeszcze w tym sezonie mają otworzyć kolejne atrakcje. :D Warto tam pojechać szczególnie w urodziny, gdyż bilet jest za 1 zł (dzieci do 18 roku życia włącznie). ;)

Odsyłam Was także na stronę Energylandii, gdzie wszystkie atrakcje są wymienione i opisane. :)
Kallos Blueberry

Kallos Blueberry

Cześć!
Gdy w HAUL'u z kwietnia (KLIK) pojawiła się maska do włosów z Kallosa, wiele osób o nią pytało. Postanowiłam odpowiedzieć hurtem na te wszystkie pytania, publikując jej recenzję. :)



Maska jest w dużym plastikowym opakowaniu. Po jego otwarciu możemy poczuć bardzo przyjemny zapach, jednak nie jest to jagoda, a naszym oczom ukazuje się biała substancja, która jest trochę gęstsza od szamponu.

Jest ona przeznaczona do "suchych, zniszczonych i poddanych obróbce chemicznej włosów". Zawiera ekstrakt z czarnej jagody i olej avokado. Ma za zadanie odżywiać włókna włosów oraz skórę głowy. Dzięki jej stosowaniu włosy mają stać się elastyczne, lśniące i zdrowe.



Maskę należy trzymać na osuszonych ręcznikiem włosach przez 5 minut, a następnie spłukać. Gdy mamy ją na włosach, wydają nam się one tłuste, jednak po spłukaniu wszystko jest w porządku. Słyszałam, że można trzymać ją dłużej i wtedy efekty mają być lepsze, jednak ja nie zauważyłam różnicy.

Moje włosy po tej masce są z pewnością o wiele bardziej nawilżone, troszkę lśniące, łatwiej się je rozczesuje. Jednak tym, co mi się najbardziej rzuciło w oczy, jest ich mniejsze wypadanie. Kolejnymi jej plusami są cena i wydajność. Litr maski kosztuje ok. 10-12 złotych i wystarcza na naprawdę długo.

Moje włosy z nałożoną maską


Według mnie, maska do włosów Kallos Blueberry jest świetna, nie mam jej nic do zarzucenia. Planuję wypróbować inne rodzaje masek z tej firmy. :)
Perlowa baza pod makijaz - Pearl Base Bielenda

Perlowa baza pod makijaz - Pearl Base Bielenda

Hejka!
Dużo osób pytało mnie o to, jak mi się sprawdza Perłowa Baza z Bielendy, więc postanowiłam zrobić o niej post. :D



Baza kosztuje 29.99 zł. Jest w szklanym, przezroczystym opakowaniu z małym dozownikiem (co jest wielkim plusem). Przez szkło możemy zobaczyć małe, różowe kuleczki, które pływają sobie w gęstym płynie. Po wyciśnięciu odrobiny produktu na palec, ukazuje się nam bardzo jasna maź.

Starałam się za każdym razem  nakładać niewielkie ilości produktu, ponieważ bardzo dobrze się ją rozsmarowuje. Po nałożeniu na twarz, ładnie ją rozświetla i daje zdrowy wygląd. Żeby móc ją dobrze porównać, nałożyłam na pół twarzy bazę, a na drugą krem z liści manuka z Ziaji. Następnie na obie strony nałożyłam makijaż. Pierwszym, co zauważyłam, ta baza jest naprawdę bardzo lekka. Jest to świetne uczucie. :D Moim drugim spostrzeżeniem było to, że baza klei się o wiele bardziej, niż krem.



Po całym dniu makijaż wygląda i trzyma się dobrze. Nie jest wyczuwalny na twarzy. Nie zauważyłam jednak różnicy w wyglądzie pomiędzy stroną, na której była baza, a tą na której był krem.



Według mnie Pearl Base z Bielendy jest świetna i warta swojej ceny. Dobrze nawilża skórę twarzy i mnie nie zapycha. Nie zauważyłam jednak poprawy kolorytu, ale mimo to, kupiłabym ją ponownie.
Zwiazek na odleglosc

Zwiazek na odleglosc

Hej! :)
Dzisiejszy wpis będzie dotyczył czegoś, co wywołuje dużo kontrowersji, a zdania na ten temat są podzielone - związku na odległość. Dokładnie przedwczoraj minęły 2 lata, odkąd jestem w takim związku. Z tej "okazji" chcę Wam przybliżyć, jak to wygląda z mojej perspektywy i co mi na to mówią inni ludzie.



Bardzo wielu ludzi uważa, że związek na odległość nie istnieje, tak samo jak przyjaźń damsko-męska (kolejny sporny temat). Ja jednak uważam, że można z tego wiele wynieść. Z pewnością jednak lepiej jest być bliżej siebie niż dalej.

Związek na odległość, jak każda rzecz na tym świecie, posiada wiele minusów, ale są też jego pozytywne strony. Z pewnością wady zwiększają się wraz z odległością. Jest znaczna różnica, czy odległość wynosi 100 km czy jest to drugi koniec kraju (jak w moim przypadku).

Minusy:
- druga osoba nie jest na każde Twoje "zawołanie"
- rzadkie widywanie się
- mała możliwość zapoznania swoich znajomych z jej/jego znajomymi
- każde spotkanie niesie za sobą koszty
- tęsknota
- często pojawia się zazdrość

Plusy:
- docenienie każdej wspólnej chwili (według mnie najważniejszy plus)
- nauka cierpliwości
- uczenie się zaufania drugiej osobie
- wycieczki mogą być pretekstem do spotkania się
- jak już się spotkacie, to często spędzacie ze sobą dosłownie cały dzień


Często, gdy ludzie słyszą, jak duża odległość nas dzieli, to pytają, jak często się spotykamy. U nas jest to zazwyczaj raz, góra dwa miesiące. Zdarza się, że widzimy się w danym miesiącu dwa razy. Wszystko niestety zależy od szkoły. Według mnie, takim maksimum jest raz na pół roku, bo inaczej ten związek po prostu nie przetrwa.

Pomimo tego, że jesteśmy od siebie tak daleko, rozmawiamy i piszemy codziennie. Używamy do tego Skype'a i  Messengera lub po prostu gadamy przez telefon.

Czekam na Wasze zdania na ten temat. ;)
Copyright © 2014 Lifestyle & beauty , Blogger